piątek, 3 października 2014

Wake up... time to die! [3]





~Z perspektywy Slasha~

  


    Okropna suchość w gardle, którą próbowałem zwalczyć ciągłym przełykaniem śliny zmusiła mnie do podniesienia tyłka z naszego wygodnego łóżka. Przetarłem dłońmi zaspaną twarz i zerknąłem na nagą szatynkę, która z dość urokliwym uśmieszkiem spała wtulona w poduszkę. Pewnie śnił jej się taki jeden.
Naciągnąłem na siebie pierwsze lepsze bokserki i starając się nie potknąć o walające się na podłodze butelki wymacałem wreszcie klamkę. 
Na wariata zbiegłem po schodach na dół i zapalając światło w kuchni migiem znalazłem się przy lodówce, z której wyciągnąłem butelkę zimnej wody. Automatycznie zerknąłem na ścienny zegarek i o ile mnie moja słaba widoczność przez pewne kołtuny nie myliła, było jakoś po trzeciej w nocy. 
Gdy pragnienie zostało ugaszone odłożyłem wodę na miejsce i chciałem z powrotem ruszyć do swojej sypialni, ale zatrzymało mnie smętne pogrywanie na gitarze z jednego z pokojów. Nie pukając do drzwi, bo tego raczej nie miałem w zwyczaju, uchyliłem je i wszedłem do środka. Cichociemny podniósł głowę do góry i wbił we mnie ten swój zaćpany wzrok. 
  - Umyłbyś się, masz włosy jak kurwa smalec. - Skrzywiłem się siadając na fotelu naprzeciwko niego. Oczywiście wcześniej musiałem zrzucić z niego strzykawki i przyrządy do podgrzewania hery. 
  - No i chuj - rzucił złowrogo odkładając gitarę na bok. Spojrzałem na przedmiot znajdujący się tuż przed nim, w które sam tak usilnie się wpatrywał. 
  - Jej zdjęcie? 
 - Kurwa, tęsknię - wymamrotał po dłuższej chwili ciszy. Nie wiedziałem zbytnio jak mógłbym go pocieszyć. Wszyscy wiedzieliśmy, że dziewczyna była dla niego ważna. Nie był z nią po to, żeby jedynie zaliczać jej zgrabny tyłeczek.
 - Gdybym nie nadszarpywał jej cierpliwości i zaufania, jakbym odłożył to cholerne gówno... 
 - I tak by wyjechała - odparłem krótko. - Izzy... Laska chce spełniać swoje marzenia. Przyjęła ją jedna z najlepszych akademii sztuk w kraju. Będąc na jej miejscu nie skorzystałbyś?
 - Ale czemu ta w chuj dobra akademia musi być w pieprzonym Nowym Jorku? Nie mogła znaleźć czegoś tutaj? Zresztą, co jej da pieprzone malowanie obrazów? Gówno jej da. Gówno, Hudson - warknął rozglądając się nerwowo po swoim pokoju. 
 - Nie bądź kurwa egoistą. Ona cię raczej wspierała w karierze muzyka, co nie? 
 - Ale przynajmniej z tego będzie kasa. A z malarstwa? Błagam cię - prychnął przeglądając zawzięcie jedną z szuflad. 
 - Głuchy jesteś czy jak? Berry spełnia swoje marzenia. Każdy kurwa ma do tego prawo. 
 - Tylko, że ja do cholery mam prawo chcieć ją tutaj. Nie potrafię cieszyć się jej szczęściem, bo ono mi ją perfidnie odebrało. Zostawiła mnie, kurwa. I wiesz co ci powiem? To boli. - Wyrzucił z siebie potok słów, na koniec głośno przy tym dysząc. I chyba pierwszy raz w życiu usłyszałem od niego tak dużo słów na raz. 
Zrobiło mi się go żal. Koleś zawsze przybierał dobre maski, ale wiedziałem, że jest w sumie bardzo wrażliwym facetem. Widziałem to choćby po tekstach jakie pisał. W życiu nie potrafiłbym napisać żadnej ballady. A on z Rose'm byli w tym świetni. 
     Zastanawiając się co mogę mu odpowiedzieć nie zorientowałem się nawet, że Stradlin już podgrzewa działkę. Westchnąłem głośno.
  - Chcesz też? 
  - Chcę - mruknąłem, po czym chwyciłem za pierwszy lepszy pasek. Co będzie chłopak ćpał sam? Jako przyjaciel chyba powinienem tu z nim siedzieć, nie? Dobra, nie ma co oszukiwać, niezależnie od nastroju sięgnąłbym po Brownstone'a. Uzależniłem się od skurwiela. 
Kiedy strzykawki były już gotowe zacisnąłem pas na swojej ręce, a jego koniec zagryzłem mocno zębami. Żyły były widoczne, akurat z tym nie miałem żadnego problemu. Dwie minuty i byliśmy w raju. 
     Z początku żadne z nas się nie odzywało. Wiadomo, indywidualna potrzeba nacieszenia się zajebistym stanem. Ale później majaczyliśmy i pierdoliliśmy od rzeczy jak leci. 
  - Zapomnij o niej. Patrz, tyle wolnych i chętnych dup się wokół nas kręci. A ty szczęściarzu jesteś wolny. Więc zaliczaj ile wlezie. Póki możesz. - Tłumaczyłem mu zawzięcie. 
  - Ona pewnie też sobie tam kurwa kogoś znajdzie, nie? 
  - Ale pewnie, że tak. Jakiegoś artystę. - Zadrwiłem.
 - W berecie kurwa i z pędzlem w buzi - rzucił z sarkazmem i sam zaśmiał się drwiąco. 
  - Ile na nią będziesz czekać? 
  - Nie będę kurwa. Ja nawet nie wiem czy my jesteśmy razem. Nasza ostatnia rozmowa wyglądała jak ckliwa scenka z jakiegoś dramatu. Aż mnie mdli.
  - Rzuciła cię jak śmiecia. - Nakręcałem go.
  - I kurwa chuj z nią. Mam ją gdzieś.
 - I wreszcie mądrze gadasz. Mówię ci, bracie... Zaliczaj, póki jesteś wolny. Wszystkie rozchylają przed nami nogi, wszystkie. - Zarechotałem i w tym samym momencie poczułem cholerne pieczenie na swoim policzku. 
  - Świnia!
 - Geez, Cam... - Wywróciłem oczami i próbowałem się podnieść, ale raczej mi to nie szło. 
  - A ty! - Tu zwróciła się do bruneta. - Kompletny dupek myślący tylko i wyłącznie o swoich potrzebach! Jesteście siebie warci, gratuluję! - Krzyknęła, po czym uśmiechając się ironicznie z trzaskiem drzwi opuściła pokój. 
 - Pamiętaj, bracie. Póki jesteś wolny...  











~Z perspektywy Julie~



    To dziwne, że humor może popsuć się nam w ułamku sekundy, nie? I to bez żadnego większego powodu. Nagle po prostu zdajemy sobie sprawę z beznadziejności jaka nas otacza. Brak perspektyw na przyszłość, brak pomysłów na własne życie. A takie myślenie przemienia się powoli w strach. 
Poczucie, że jestem kolejnym szarym człowieczkiem, który niczym nie wyróżnia się od innych sprawiło, że zaczęłam postrzegać siebie jako życiowego nieudacznika. To mnie przytłaczało. Wpadłam w panikę. Złapałam się za głowę, chodziłam po całym mieszkaniu bez żadnego celu i co trochę zerkałam w okno, za którym rozpętała się ulewa. Kompletnie nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Skończyło się na siedzeniu w kącie salonu i kołysaniu się w przód i tył, trzymając się przy tym za podsunięte pod samą brodę kolana. 
     Z transu wyrwał mnie dźwięk otwieranych drzwi. Od razu nasunęło mi się na myśl jedno pytanie. W jakim to on będzie dziś humorze? Jeśli w tym najgorszym, pójdę się schlać. Na trzeźwo co najwyżej wyskoczę przez balkon. Akurat z dwunastego piętra. 
Wraz z coraz głośniejszym stukotem jego kowbojek zaczęłam podnosić głowę do góry. Rudy stanął przede mną i posłał mi zdziwione spojrzenie. 
 - Gorszy dzień - odparłam zachrypniętym głosem i wzruszyłam delikatnie ramionami. Chłopak zmarszczył nieco brwi i przybrał minę myśliciela. Byłam przekonana, że zaraz machnie ręką i rzuci coś w stylu 'pewnie masz okres' albo krótkie 'pierdolisz'. Ale zrobił co innego.
Przykucnął przede mną, położył swoje dłonie na moich ramionach i potarł swoim nosem o mój. Wstrzymałam na chwilę oddech i uchylając nieco usta wbiłam wzrok w jego zielono-szare tęczówki. Nie wiem co bardziej kochałam. Jego oczy czy jego uśmiech, którym po chwili mnie obdarzył. 
  - Co puścić? - Zapytał kiwając głową na spory stos kaset, których z dnia na dzień u nas przybywało.
 - Pink Floyd - odpowiedziałam i kiedy on podszedł do magnetofonu, ja wgramoliłam się na kanapę. Zaraz potem w pokoju rozbrzmiało Wish You Were Here i w momencie ogarnął mnie wewnętrzny spokój. Odłożyłam pieprzone problemy na bok i dałam się ponieść muzyce, najskuteczniejszemu lekarstwu na zły nastrój. Choć nie powiem, jego ramiona były chyba teraz dla mnie najbardziej kojące. I może właśnie zbiera wam się na wymioty, ale nie mogłam przeczyć. Było mi z nim dobrze.
  - Jak na próbie? - Zagadnęłam kładąc się na jego kolanach i nawijając sobie na palec kosmyk jego rudych włosów.
  - Stradlin i Hudson to dupy dzisiaj nie urywali, ale tak poza tym to poszło całkiem nieźle. Jesteśmy w trakcie pisania nowego kawałka - odparł z dumą, na co ja cicho się zaśmiałam. Lubiłam kiedy przybierał tę minę. Wyglądał wtedy jak na swoim zdjęciu z dzieciństwa, które przedstawia małego prymusa w śmiesznych okularkach na nosie. 
Bądź co bądź ja również byłam z chłopaków dumna. Nie mówiłam im tego, ale stali się moim ulubionym zespołem. Kiedy zostawałam w mieszkaniu sama, od razu puszczałam na fulla Appetite for Destruction i skakałam na łóżku przy każdym kawałku. 
Poniekąd im też zazdrościłam. Głównie dlatego, że udało im się spełnić swoje największe dotychczasowe marzenia. Sama z chęcią założyłabym zespół i podbijała choćby samo Los Angeles. Ale to było nierealne. 
  - O czym myślisz? 
 - O niespełnionych marzeniach - wymamrotałam, następnie parskając cicho śmiechem. Słysząc swoje słowa zdałam sobie sprawę jak dennie zabrzmiałam. Axl jednak ku mojemu zdziwieniu pozostawał poważny. 
  - Masz jakieś? 
Przymrużyłam powieki i wytężyłam umysł. Właśnie, dziewczyno. Czy ty posiadasz jakiekolwiek marzenia? Czego ty tak właściwie chcesz? 
 - Chciałabym... Mieć kiedyś swój własny sklep. Najlepiej w starej kamienicy, dla klimatu. Sprzeda... Nie, to głupie - prychnęłam machnąwszy ręką. 
 - Nieprawda, mów dalej - nakazał karcąc mnie przy tym wzrokiem. Naprawdę cię to interesuje? Cóż...
 - Sprzedawałabym tam kasety, winyle... Nie byłby on zbyt duży. Chciałabym zachować przytulną atmosferę. Wiem, że w kącie znajdowałby się koc i pełno poduszek. Każdy mógłby się tam wygodnie rozłożyć i wsłuchiwać w muzykę puszczaną przez gramofon stojący na staromodnej komodzie. Od samego progu klientów witałby John Lennon, Morrison, Joplin... To byłoby takie miejsce, w którym każdy czułby się dobrze. Taki jakby azyl, rozumiesz? - Przytaknął głową. - Byłby otwarty do późnego wieczoru. I czasem zostawałabym tam na noc. Usypiałabym przy dźwiękach muzyki. - Ściszyłam głos i uniosłam jeden kącik ust do góry. 
  - A mógłbym zostawać tam na noc z tobą?
 - Pod warunkiem, że nie zaburzałbyś mojej harmonii - odparłam kiwając palcem przed jego nosem. 
 - Obiecuję, byłbym spokojny jak nigdy dotąd. - Zaśmiał się krótko. - Puszczałbym Eltona Johna i oboje kołysalibyśmy się w rytm jego kawałków, hm?
 - I Zeppelinów! - Ożywiłam się. 
 - A później budziłbym cię przed wschodem słońca i wracalibyśmy do naszego domu z widokiem na... jeszcze nie wiem. Może plażę, może jezioro. - Wzruszył delikatnie ramionami, po czym zaczął szperać w kieszeniach swoich spodni. Podniosłam głowę z jego kolan, ażeby ułatwić mu to zadanie, a kiedy trzymał w buzi odpalonego już papierosa ułożyłam się na nich z powrotem. Chłopak wbił wzrok w bliżej nieokreślony punkt i zaciągnął się mocno dymem. - Pilibyśmy wino do białego rana.
  - A śpiewałbyś mi? - Wkręciłam się.
  - Oboje byśmy śpiewali. 
Przez parę następnych minut nic już nie mówiliśmy. On był w swoim świecie. Ja byłam w swoim. Oboje rozmarzeni.  
  - Myślę, że wszystko do spełnienia. Kupię nam kiedyś dom, kupię ci taki sklep. Kupię co tylko będę chciał. Będzie mnie stać na wszystko. Na wszystko czego dusza zapragnie. - Skomentował nie kryjąc zadowolenia. 
  - Ale pieniądze nie staną się dla ciebie najważniejsze? - Spytałam ze zmartwieniem w głosie. Nie chciałam, żeby uderzyła mu do głowy woda sodowa jak tym wszystkim gwiazdom. Myślę, że czasy kiedy z pustymi żołądkami siedzieliśmy wszyscy w naszej zapyziałej ruderze były poniekąd najlepsze. Łatwiej było nam wszystko doceniać. Nie chciałabym mieć każdej rzeczy na wyciągnięcie ręki. To byłoby za proste. Może i nawet nudne?
Sława nie do końca kojarzyła mi się z czymś dobrym. Przez sławę ludzie zwykle zmieniali się na gorsze. Bałam się tego. 
  - Pewnie, że nie będą - odpowiedział z przekonaniem, co nieco mnie uspokoiło. Po raz kolejny tego dnia mocno się do niego przytuliłam. Cholernie ucieszył mnie fakt, że znalazłam w nim nie tylko drugą połówkę, ale i przyjaciela. Wspólne tematy, marzenia, plany. Można rzec - bratnia dusza.
Ale oboje byliśmy także naiwni. Życie to nie bajka. Wszystko prędzej czy później się kończy lub zmienia. 
I mieliśmy się o tym już niebawem przekonać. 








~*~

No i jest nieco dłuższy rozdział. Mam nadzieję, że czytając go nie zasnęliście? Wiem, wiem, zapowiadałam sex, drugs & rock n' roll i tak będzie. 
Od następnego rozdziału się rozkręcam. 
Tak czy inaczej proszę, żeby każdy kto przeczytał ten rozdział pozostawił po sobie jakikolwiek komentarz. Krótki, długi, pozytywny, negatywny - obojętnie. To dla mnie naprawdę bardzo ważne. 

Buzi!